<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Coderulers Twórczość &#187; Strzelcy z Gilidrewu</title>
	<atom:link href="http://realn.coderulers.info/category/stories/strzelcy-z-gilidrewu/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://realn.coderulers.info</link>
	<description>Kolejna witryna sieci „Code Rulers”</description>
	<lastBuildDate>Thu, 02 Sep 2010 10:18:28 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
		<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
		<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=3.8.41</generator>
	<item>
		<title>Rozdział 2 &#8211; Król</title>
		<link>http://realn.coderulers.info/stories/rozdzial-2-krol/</link>
		<comments>http://realn.coderulers.info/stories/rozdzial-2-krol/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 22 Aug 2009 20:25:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator><![CDATA[Real_Noname]]></dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[Strzelcy z Gilidrewu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://realn.coderulers.info/?p=63</guid>
		<description><![CDATA[Drzwi otwarły się z hukiem, kiedy do sali wparowało trzech młodzieńców w czarnych skórzanych zbrojach. Szli krokiem szybkim i zdecydowanym, gdzie farbowany rudzielec prowadził na czele swoich kompanów. Swoim wejściem zwrócili uwagę osób znajdujących się już w pomieszczeniu. Na tronie w centrum siedział mężczyzna już w podeszłym wieku, przyozdobiony w czerwono-purpurowe szaty oraz koronę z [&#8230;]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Drzwi otwarły się z hukiem, kiedy do sali wparowało trzech młodzieńców w czarnych skórzanych zbrojach. Szli krokiem szybkim i zdecydowanym, gdzie farbowany rudzielec prowadził na czele swoich kompanów.<br />
Swoim wejściem zwrócili uwagę osób znajdujących się już w pomieszczeniu. Na tronie w centrum siedział mężczyzna już w podeszłym wieku, przyozdobiony w czerwono-purpurowe szaty oraz koronę z dużym rubinem na głowię. Po obu stronach władcy stało kilka osób o różnym odzieniu i jeszcze bardziej odmiennych obliczach. Jeden z nich, najbardziej wysunięty na prawo, pierwszy zareagował na nowych przybyszów.<br />
- A wy kim jesteście? Jak przeszliście obok straży! – powiedział chłodnym i każącym tonem.<br />
- Spokój, Hogen… to są strzelcy… &#8211; Uciszył swojego podwładnego władca. – Dziś jest ich dzień meldunku…<br />
Mężczyzna zwany Hogen zmierzył wzrokiem całą przybyłą trójkę od stóp do głów. Jego linia ust delikatnie się skrzywiła, a brwi nadal układały się pod skosem na znak niezadowolenia.<br />
- A więc to są ci sławni strzelcy z Gilidrewu… nie wyglądają bardziej okazale niż nasi pospolici łucznicy… &#8211; odparł po chwili.<br />
Władca skrzywił brwi i z gniewem spojrzał na rozmówce.<br />
- Młody jesteś Hogen i nie widziałeś jak spełniają swoją służbę w trudnych czasach… nie radziłbym oceniać człowieka, nim poznasz jego czyny… &#8211; skontrował król.<br />
- Przykro mi przerywać… &#8211; odezwał się Henryk. – Ale można wiedzieć, dlaczego o szlachetny panie, znajdują się tu ludzie postronni?<br />
Władca skierował swój wzrok na strzelca, a jego oblicze momentalnie złagodniało.<br />
- Oczywiście składam przeprosiny, że musiałem złamać wiekowe zasady Gilidrewu, lecz obecnie panuje sytuacja nadzwyczajna…<br />
- Nadzwyczajna? W jakim to stopniu, o panie?<br />
Król na te słowa wstał i ruchem ręki wskazał od lewej do prawej na półkole ludzi obok niego.<br />
- To są moi doradcy wojenni, gospodarczy, dyplomacji oraz zwiadu. Zwołałem ich tutaj, by pomogli mi się uporać z dosyć trudną sytuacją…, a mianowicie z porwaniem zarządcy miasta i jego córki…<br />
Henryk zmarszczył czoło na te słowa.<br />
- Dlaczego tyle zaangażowania wokół zarządcy? Nie jest to sprawa dla straży, najwyżej królewskiej?<br />
Król westchnął i spoczął na tronie. Na chwilę położył rękę na czole, by się zastanowić. W końcu znów spojrzał na strzelców z całą powagą.<br />
- Nadchodzi koniec trzeciej ery…<br />
Trójka strzelców zamarła na dźwięk tych słów.<br />
- No to mamy gówno… &#8211; szepnął Willard na tyle wyraźnie, by jego kompani usłyszeli.<br />
Dopiero po chwili Henryk oprzytomniał i odchrząknął.<br />
- Dlaczego szlachetny pan tak sądzi?<br />
Władca nadal patrzył prosto w oczy Henryka. Jego twarz posmutniała.<br />
- Cierpię na ciężką chorobę… uzdrowiciele nie wróżą mi więcej niż jedną wiosnę… a potomka na moje miejsce brak… wynik jest tylko jeden…<br />
- A następcę pan wyznaczył?&#8230; – odparł Henryk, lecz po chwili namysłu zmarszczył brwi. – Chyba, że następcą będzie…<br />
- Zarządca Derwan Merowelt… jest moim bliskim przyjacielem oraz, co najważniejsze, ma córkę, która oszczędzi problemów w przyszłości… aczkolwiek teraz jest problem…<br />
- Który zapewne my mamy rozwiązać? – odezwał się Markus.<br />
Władca oparł się bardziej o swój tron i westchnął ciężko. Swój wzrok skierował na zdobiony sufit sali tronowej.<br />
- Znam wasze zasady jako władca Estarii i wiem, że jest to prośba wbrew waszemu przeznaczeniu. Proszę o to jednak… nie znam nikogo na tyle i nie darze takim zaufaniem jak Derwana… on będzie sumiennym królem… lecz najpierw należy go odnaleźć i uwolnić…<br />
Troje strzelców wymieniło między sobą swoje spojrzenia. Szepnęli między sobą parę słów, po czym Markus i Willard przytaknęli do Henryka. Ten znów wyprostował się przed władcą i starał się mówić z całą powagą.<br />
- Rozumiemy obecną sytuację, lecz muszę królowi wyjawić, że nie zna wasz mość wszystkich naszych zasad. Jedną z nich jest wymóg, by w reprezentacji brali udział strzelcy którzy… &#8211; przerwał na chwilę, by przełknąć ślinę &#8211; …nie reprezentują pełnie możliwości naszego oddziału… nadal, szlachetny pan, chce skorzystać z naszej pomocy?<br />
Reszta obecnych patrzyła się na strzelców ze zdziwieniem.<br />
- Chcesz nam powiedzieć, że przysłali tu najsłabszych? – wtrącił się Hogen.<br />
Trójka młodzieńców milczała niewzruszona. Doradca zmarszczył brwi na tę obojętność.<br />
- Hej, zapytałem się o coś! Masz odpowiedzieć! – rozkazał w gniewie.<br />
Strzelcy nadal milczeli. Hogen miał znów coś powiedzieć, gdy ruchem ręki przerwał mu król.<br />
- Oni odpowiadają tylko przede mną i nie muszą odpowiadać nikomu innemu. – swoją uwagę skierował z powrotem na Henryka. – W takim razie…<br />
Władca nie zdążył dokończyć. Do komnaty wbiegł zziajany strażnik i jednym susem ukląkł przed królem, by po chwili wyprostować się na baczność.<br />
- Panie! Melduje, że łącznik przekazał nam wiadomość o człowieku, którego znalazła straż w północnym mieście! Podobno to zarządca Merowelt! – wypowiedział jednym tchem.<br />
- Który posterunek? – zapytał się jeden z doradców.<br />
- Dwunasty, ten przy katedrze, obecnie znajduje się tam pięciu strażników! –<br />
Król ruchem ręki odwołał człowieka. Złapał się za podbródek i zastanowił chwilę. Spojrzał z powrotem na Strzelców.<br />
- Jeżeli on tam jest, to bardzo prawdopodobne, że i jego córka jest w pobliżu. Nie mamy czasu ściągać kogo innego, a wy jesteście najlepsi z tu obecnych.<br />
Król skinął ręką do jednego z doradców, a ten szybko mu podał pergamin z piórem. Nie szczędząc czasu, spisał parę słów na kolanie, po czym przystawił wyjętą z kieszeni pieczęć. Skończony dokument podał z powrotem doradcy, a ten podał go szybko młodzieńcom.<br />
- Tu macie glejt, który was upoważni do działania z polecenia króla. Musicie uratować córkę zarządcy za wszelką cenę oraz przyprowadzić ją całą i zdrową. To naprawdę ważne! – Władca wstał z tronu. – To jest wasze zadanie, Strzelcy z Gilidrewu!<br />
Trójka towarzyszy spojrzała na siebie, po czym szybko ustawiła się w koło.<br />
- Co robimy? – spytał się Markus.<br />
- Idziemy. Znam trochę północną część, powinniśmy trafić. – odparł Henryk.<br />
- Ja zostaje. – stwierdził Willard z kamienną miną.<br />
- Że co takiego?<br />
- Śmierdzi mi tu gównem.<br />
- Co masz na myśli? – spytał się Markus.<br />
Willard kiwnął delikatnie głową do tyłu.<br />
- Ten Hag-coś tam gorzej mi zajeżdża niż dziwka z doków. Kiedy tu wparowaliśmy nawet nie walnął pawia ze zdziwienia, a prócz królcia tylko strażnicy królewscy wiedzą jak wyglądają strzelcy.<br />
Henryk zmarszczył brwi na znak zastanowienia.<br />
- Masz rację. Zostajesz. Ja z Markusem idziemy wykonać zadanie, a ty tu pilnuj wszystkiego.<br />
Na twarzy Willarda pojawił się chytry uśmieszek.<br />
- Bądź kurwa pewien, że będę…<br />
Rudzielec zignorował ostatnie zdanie i szybko skierował swe oblicze do króla.<br />
- Idziemy. Jeden z nas zostaje dla bezpieczeństwa.<br />
Nim ktoś z obecnych zdążył się odezwać, dwójka strzelców wybiegła z sali.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://realn.coderulers.info/stories/rozdzial-2-krol/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rozdział 1 &#8211; Strzelcy</title>
		<link>http://realn.coderulers.info/stories/rozdzial-1-strzelcy/</link>
		<comments>http://realn.coderulers.info/stories/rozdzial-1-strzelcy/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 22 Aug 2009 20:24:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator><![CDATA[Real_Noname]]></dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[Strzelcy z Gilidrewu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://realn.coderulers.info/?p=60</guid>
		<description><![CDATA[Jasny księżyc świecił na nocnym niebie, przebijając się swoimi promieniami między koronami drzew. Wokół panowała cisza, która co jakiś czas była przerywana nieśmiałym szumem pobliskiej rzeki. Niewielka, ledwo widoczna wydeptana droga nie wskazywała, by jakikolwiek wędrowiec tedy uczęszczał. W pewnym momencie cisze przerwał szelest przedzierania się przez gałęzie. Po chwili na drogę weszły trzy postacie. [&#8230;]]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Jasny księżyc świecił na nocnym niebie, przebijając się swoimi promieniami między koronami drzew. Wokół panowała cisza, która co jakiś czas była przerywana nieśmiałym szumem pobliskiej rzeki. Niewielka, ledwo widoczna wydeptana droga nie wskazywała, by jakikolwiek wędrowiec tedy uczęszczał. W pewnym momencie cisze przerwał szelest przedzierania się przez gałęzie. Po chwili na drogę weszły trzy postacie. Wszystkie były przyodziane w czarną, sztywną, skórzaną zbroję, do której był podpięty najróżniejszego rodzaju ekwipunek. Pierwsze rzeczy rzucające się w oczy to złożony w pół łuk na plecach oraz niewielka kusza przypięta do pasa. Cała trójka miała ciemne włosy, a twarze były zakryte pod czarnymi szalami.<br />
Dwoje z nowo przybyłych, pomimo pustej drogi, poruszały się ostrożnie i z wielką uwagą stawiały kroki. Trzecia, najwyraźniej nie podzielała zachowania swoich towarzyszy i najzwyczajniej w świecie się przeciągnęła, ziewając przy tym ospale.<br />
- Willard do cholery! To nie spacer! – powiedziała przytłumionym, ale wyraźnym tonem pierwsza postać.<br />
Przybysz na dźwięk swojego imienia, obrócił się do rozmówcy i wyjął twarz spod szala. Był blady i gdzieniegdzie zniszczona cera dawała znać o długich nocach spędzonych na zimnym powietrzu, a w brązowych oczach dawało się wyczuć iskrę szaleństwa. Na prawym policzku była widoczna niewielka blizna idąca od szyi prawie pod same oko. Po chwili na jego twarzy pojawił się drwiący uśmieszek.<br />
- Co się kurwa przyjmujesz Henryku? Wokół zajebanej duszy nie ma, a ty srasz jakbyśmy na akcje szli. I do kurwy nędzy – miałeś mi mówić Will! – odparł luźno.<br />
- Willard! Bacz się na słowa!<br />
- No kurwa, mówiłem prze…<br />
- Hej, chłopaki, spokój. – odezwała się trzecia, do tej pory milcząca postać.<br />
Wyprostowała się wzorem Willarda i także odsłoniła twarz. Był to tak samo młody mężczyzna, jak jego kolega. Twarz miał o wiele lepiej zadbaną, lecz też rzucało się w oczy parę pomniejszych blizn wokół swojego oblicza. Po dłuższym oględzinach, można było stwierdzić, że włosy miał naturalnie blond, a były tylko przefarbowane na ciemniejsze.<br />
- Co Markus? Nie zgadzasz się? – zapytał Willard nowego rozmówce.<br />
- W końcu idziemy do stolicy się zameldować, więc jakaś powaga się należy. A Will też ma racje, już jesteśmy dosyć daleko od bazy, więc możemy trochę spuścić z tonu. – odpowiedział, starając się załagodzić spór.<br />
- No widzisz? I co się kurwa rzucasz od razu!<br />
- Willard!&#8230; a zresztą… &#8211; odparł Henryk z opadającymi ramionami.<br />
W końcu i on zdjął swój szal. Jego twarz było podobna do dwójki pozostałych, lecz on miał oczy błękitne. Z końcówek jego włosów przebijał się rudy kolor, zdradzając, że też są przefarbowane. Wokół jego szyi, pod szalem, można było zauważyć dosyć grubą, przewiązaną wokół ciemną linę. Był to jego warkocz. Odetchnął z ulgą, gdy w końcu mógł zaciągnąć powietrza bez szmaty na ustach.<br />
- Heh, kiedyś zginiemy za takie niedbalstwo… &#8211; stwierdził i poszedł przodem.<br />
- I tak byśmy wywinęli orła, w końcu wpierdolili nas do kordonu reprezentacyjnego! – odparł Willard, chichocząc z własnej tezy.<br />
- Taa, niezbyt to chwalebne dla Strzelca… &#8211; dodał Markus<br />
Szli tak przez chwilę w ciszy. Każdy mimowolnie stawiał kroki, starając się rozłożyć ciężar równomiernie na całą stopę. Dzięki takiemu zabiegowi, ich chód wychodził prawie bezszelestny na świeżej trawie, po której stąpali. Lata ćwiczeń i treningu doprowadziły do podświadomego wykonywania tych czynności. Każdy z nich codziennie musiał przejść czterogodzinną ścieżkę zdrowia, do której zaliczały się wszelkiego rodzaju akrobacje, wspinaczka, skradanie, walka wręcz oraz podstawowy zestaw ćwiczeń. Na jej końcu musieli wystrzelić z łuku i kuszy po cztery razy na ruchomy cel oddalony od nich o dobre kilkaset metrów. Żeby być uznanym za w pełni sił, trafienia musiały być bezbłędne,  najlepiej w to samo miejsce.<br />
- A więc… Willard, dlaczego tym razem? – zapytał nieśmiało Henryk.<br />
- Sam piłeś ze mną, a teraz się kurwa pytasz? Przecież wszyscy oblewali rocznice zbudowania Gilidrewu, a my jak zwykle musieliśmy się złapać za jaja i chlać na wyścigi kto pierwszy! – rzucił prawie jednym tchem.<br />
Henryk nagle sobie przypomniał co robił owej nocy i się zaczerwienił na twarzy. Takie zachowanie nie wypadało człowiekowi z jego pochodzeniem. Dodatkowo zdał sobie sprawę, dlaczego spadł z kładki przy biegu pod górę na ścieżce zdrowia. Chociaż pocieszała go myśl, że Willard lepszy nie był – przewrócił się kiedy próbował strącić kopnięciem nóż, by nim rozpętać związane ręce.<br />
- No dobrze… trochę masz w tym racji… &#8211; w końcu odparł Henryk.<br />
- Że ty do jasnej cholery mi tą racje zawsze tak późno podwalasz… &#8211; odburknął Will.<br />
- A ty Markus? Dlaczego cię przydzielili na dzisiejszy oddział reprezentacyjny? – dodał Henryk szukając zmiany tematu.<br />
Markus jakby drgnął. Powoli obrócił głowę i spojrzał swoim towarzyszom prosto w oczy. Rozchylił i zamknął usta parę razy, by odpowiedzieć, lecz nie wydobył żadnego dźwięku. W końcu opuścił głowę i odpowiedział cicho, lecz na tyle wyraźnie, żeby go usłyszeli.<br />
- Chybiłem…<br />
Zapadła cisza. Dwoje towarzyszy znów zwrócili swoją uwagę na drogę przed sobą i cała trójka szła równym krokiem w ciszy. W końcu Willard przełknął ślinę.<br />
- Trudno, każdemu zdarza się gówno…<br />
Henryk nie odezwał się. Wiedział jaki to był wstyd dla Strzelca, by nie trafić w cel na końcu ścieżki zdrowia. Przez dalszą drogę szli w milczeniu.<br />
Godzinę później dotarli na otwartą polane, na granicy lasu. Teraz wyraźnie było widać rozległą rzekę, oraz sam cel ich podróży.<br />
- No panowie! – Odezwał się Henryk, który jakby rozpromieniał na widok przed sobą. – Widać już miasto Astara! Witam przed murami stolicy!<br />
Cała trójka podziwiała teraz widok największego miasta królestwa Estarii. Przed nimi rozpościerał po horyzoncie ogromny mur obronny półkolem obiegający kawał ziemi na skraju brzegu rzeki. Znad niego wystawały majestatyczne wieże strażnicze przeróżnej wysokości, które jaśniały na biało w blasku księżyca. Dalej było widać katedrę oraz dzwonnicę górującą nad okolicą swoją dostojnością oraz pięknym wykonaniem. Od tego widowiska w stronę drugiego brzegu prowadziły trzy wielkie mosty, które miały swoje własne budynki, a po drugiej stronie rozpościerała się druga strona okręgu murów. Środkowa przeprawa była przerwana w połowie, przez sztuczną wyspę, będąca jednocześnie największym widowiskiem. Z nurtu rwącej rzeki wystawały mury monumentalnego zamku z kilkunastoma wieżyczkami i budynkami, który swoim osobliwym majestatem łączył obie części miasta.<br />
Henryk wyprostował prawe ramie i wskazał na górującą budowlę na środku rzeki.<br />
- To jest nasz cel… siedziba króla… &#8211; stwierdził z uśmiechem na twarzy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://realn.coderulers.info/stories/rozdzial-1-strzelcy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
